
Wróciliśmy niedawno z Indonezji, gdzie na wyspie Bali spędziliśmy wspaniałe dwa tygodnie.
Widzieliśmy świątynie, pola ryżowe, wulkany, wodospady i ocean. Byliśmy w małych wioskach i zatłoczonych miejscowościach turystycznych. Próbowaliśmy nowych smaków, poznawaliśmy zwyczaje i każdego dnia odkrywaliśmy coś, czego wcześniej nie znaliśmy.
Co zaskoczyło nas najbardziej?
Uprzejmość.
Czy oni naprawdę tacy są?
Przed wyjazdem wiedzieliśmy, że na Bali ludzie często składają dłonie, lekko się kłaniają, uśmiechają.
Wiedzieliśmy też, że usłyszymy:
Selamat pagi – dzień dobry.
Terima kasih – dziękuję.
Początkowo wydawało nam się, że może jest to po prostu część turystycznego Bali.
Trochę zwyczaj, trochę grzeczność, a trochę sposób na zdobycie sympatii turysty.
Przecież Bali żyje w dużej mierze z turystyki. Uśmiechnięty sprzedawca, uprzejmy kelner czy miły pracownik hotelu nikogo więc specjalnie nie dziwi.
Tyle że po kilku dniach zaczęliśmy zauważać coś jeszcze.
Oni zachowywali się tak nie tylko wobec nas.
Uśmiech był wszędzie
W hotelu.
W restauracji.
W sklepie.
Na targu.
Na ulicy.
W świątyni.
Podczas naszej kilkudniowej podróży po wyspie.
Czasami wystarczyło spojrzenie. Lekki ukłon. Uśmiech. Złożenie dłoni.
I po raz kolejny:
Terima kasih.
Dziękuję.
Zaczęliśmy odpowiadać tak samo.
Nauczyliśmy się kilku indonezyjskich słów i używaliśmy ich przy każdej okazji. I nagle okazało się, że do porozumienia z drugim człowiekiem naprawdę nie potrzeba wiele.
Kilku słów.
Uśmiechu.
Gestu.
Bali nie da się oddzielić od religii
Dopiero podczas podróży zaczęliśmy rozumieć, jak mocno codzienne życie Balijczyków związane jest z religią.
Dominującą religią wyspy jest szczególna, balijska odmiana hinduizmu.
Świątynie są wszędzie. Nie tylko wielkie kompleksy odwiedzane przez turystów. Swoje miejsca kultu mają wioski, wspólnoty i rodziny. Przed domami, sklepami czy hotelami można zobaczyć niewielkie koszyczki z kwiatami, jedzeniem i kadzidłami.
To canang sari – codzienne ofiary, będące wyrazem wdzięczności i troski o duchową równowagę.
I wtedy zaczyna się rozumieć, że religia na Bali nie jest czymś przeznaczonym wyłącznie na określony dzień tygodnia.
Ona jest częścią codzienności.
Człowiek, bogowie, inni ludzie i natura
Jedną z idei, które pomagają zrozumieć Bali, jest Tri Hita Karana.
W dużym uproszczeniu mówi ona o harmonii w trzech relacjach:
człowieka z Bogiem,
człowieka z drugim człowiekiem,
oraz człowieka z naturą.
I chyba właśnie dlatego po pewnym czasie przestaliśmy odbierać balijską uprzejmość jako zestaw wyuczonych gestów.
Zaczęliśmy widzieć ją jako fragment większej całości.
Oczywiście byłoby przesadą twierdzić, że każdy Balijczyk jest zawsze uśmiechnięty, dobry i uprzejmy. Bali zamieszkują normalni ludzie – ze swoimi charakterami, problemami i słabościami.
Ale przez dwa tygodnie spotykaliśmy się z tą życzliwością tak często, że trudno było uznać ją za przypadek.
Życie jest pełne ceremonii
Nasza przewodniczka dużo opowiadała nam o balijskich ceremoniach.
Jest ich naprawdę wiele.
Towarzyszą człowiekowi od narodzin poprzez kolejne etapy życia, małżeństwo, aż po śmierć. Są też ceremonie związane ze świątyniami, rodziną, wspólnotą i kalendarzem religijnym.
Jedną z najbardziej znanych jest Ngaben – ceremonia kremacyjna.
Dla Balijczyków śmierć nie oznacza po prostu końca. Ngaben jest częścią duchowej drogi – ma pomóc uwolnić duszę od materialnego ciała i umożliwić jej dalszą podróż. Kult przodków i pamięć o nich pozostają niezwykle ważną częścią życia rodzinnego.
Przygotowania do wielkich ceremonii potrafią angażować ogromną rodzinę i całą lokalną społeczność.
I tutaj znów zobaczyliśmy coś, co przewijało się przez całą naszą podróż.
Wspólnotę.
Rodzina pomaga rodzinie.
Sąsiedzi pomagają sąsiadom.
Ludzie wspólnie przygotowują święta i ceremonie.
Religia, rodzina i społeczność nie funkcjonują tam jako trzy oddzielne światy. One nieustannie się przenikają.
Być czy mieć?
W czasie rozmów z naszą przewodniczką często odnosiliśmy wrażenie, że dla wielu Balijczyków pytanie:
„Co masz?”
nie jest najważniejszym pytaniem w życiu.
Ważniejsze wydaje się:
„Kim jesteś i do czego należysz?”
Do rodziny.
Do wspólnoty.
Do świątyni.
Do miejsca, w którym żyjesz.
Oczywiście Bali się zmienia. Są tam pieniądze, biznes, drogie samochody, luksusowe hotele i ogromny przemysł turystyczny.
Nie chcemy więc tworzyć obrazu jakiejś idealnej wyspy zamieszkanej przez ludzi pozbawionych materialnych pragnień.
Ale mimo wszystko hierarchia wartości, którą obserwowaliśmy, wydawała nam się trochę inna od naszej.
I chyba właśnie dlatego tak mocno ją zapamiętaliśmy.
A może oni po prostu mają więcej czasu?

Było jeszcze coś, co zauważyliśmy na Bali.
Spokój.
Mieliśmy wrażenie, że ludzie nieustannie się gdzieś przemieszczają, pracują, handlują, przygotowują ceremonie, stoją w korkach – a jednak robią to jakby spokojniej.
Bez naszej ciągłej gonitwy.
Bez łatwego wybuchania złości.
Nasza przewodniczka zwróciła nam uwagę na ciekawą rzecz.
Na Bali nie ma czterech pór roku takich jak u nas. Są przede wszystkim pora sucha i deszczowa, a ciepły klimat pozwala prowadzić uprawy przez większą część roku. Ryż, zależnie od miejsca, odmiany i sposobu gospodarowania, można zbierać więcej niż raz w roku.
I wtedy zaczęliśmy się zastanawiać.
Przez setki lat życie naszych przodków wyglądało zupełnie inaczej.
Wiosną trzeba było zasiać.
Latem zebrać.
Jesienią przygotować się do zimy.
Spóźnienie o kilka tygodni mogło oznaczać słabsze plony, a kiedyś nawet głód. Zima nie pytała, czy człowiek zdążył.
Może gdzieś głęboko zostało w nas to przekonanie:
muszę zdążyć.
Jeszcze dzisiaj.
Jeszcze szybciej.
Bo zaraz będzie za późno.
Na Bali rytm natury jest inny. Jeśli coś nie wydarzy się dzisiaj, często może wydarzyć się jutro.
Czy właśnie dlatego Balijczycy wydawali nam się spokojniejsi?
Nie wiemy.
Na pewno klimat nie wyjaśnia charakteru całego narodu. Życie na Bali również ma swoje problemy, stres i pośpiech, których jako turyści mogliśmy po prostu nie widzieć.
Ale ta myśl została z nami.
Bo może czasami różnica między nami nie polega na tym, że oni mają więcej czasu.
Może po prostu trochę inaczej nauczyli się go przeżywać.
A potem wróciliśmy do domu
Po dwóch tygodniach nadszedł czas powrotu.
Denpasar.
Dubaj.
Warszawa.
Walizki.
Lotnisko.
Transport na parking.
I nagle gdzieś pomiędzy jednym bagażem a drugim spotkaliśmy panów o bardzo poważnych minach.
Bez uśmiechu.
Bez „dzień dobry”.
Bez szczególnego zainteresowania tym, że właśnie wróciliśmy z drugiego końca świata.
Spojrzeliśmy na siebie.
No tak. Jesteśmy w domu. 😂
Oczywiście jest w tym trochę żartu. W Polsce również spotykamy mnóstwo serdecznych i uśmiechniętych ludzi.
Ale kontrast po dwóch tygodniach spędzonych na Bali był naprawdę ogromny.
I chyba dopiero wtedy zrozumieliśmy, jak bardzo przyzwyczailiśmy się przez te kilkanaście dni do uśmiechu, ukłonu i prostego:
Terima kasih.
Co przywieźliśmy z Bali?
Zdjęcia.
Pamiątki.
Herbatę, której smak próbujemy teraz odtworzyć w domu.
Setki wspomnień.
Ale przywieźliśmy też coś jeszcze.
Przekonanie, że uprzejmość naprawdę niewiele kosztuje.
Że można powiedzieć „dziękuję”.
Można się uśmiechnąć.
Można przez chwilę okazać drugiemu człowiekowi, że się go zauważyło.
Nie trzeba do tego wielkiej filozofii.
Chociaż być może Balijczycy właśnie z filozofii uczynili codzienność.
Bali zapamiętamy z wielu powodów.
Ze świątyń. Z zielonych pól ryżowych. Z oceanu. Z zapachu kadzideł. Z małych koszyczków z kwiatami leżących każdego ranka przed wejściami do domów.
Ale przede wszystkim zapamiętamy ludzi.
Ich uśmiech.
Ukłon.
Złożone dłonie.
I terima kasih.
Bo Bali to naprawdę trochę inny świat.
Tam nawet księżyc wygląda inaczej.
Krysia i Marek
