
Może ona wcale nie czeka gdzieś na nas. Może powstaje po drodze?
Ludzie często mówią:
„Muszę znaleźć swoją pasję.”
Jakby gdzieś leżała.
Za szafą. Pod łóżkiem. Albo ktoś przez pomyłkę schował ją w piwnicy. 😂
Czasami sami z Krysią zadajemy sobie pytanie:
– Czy my właściwie mamy jakąś pasję?
A jeśli mamy, to co nią jest?
I czy rzeczywiście powinniśmy zajrzeć pod łóżko, do szafy, a w ostateczności zejść do tej piwnicy?
Pasja musi być głośna?
Być może problem zaczyna się od tego, jak wyobrażamy sobie człowieka z pasją.
Ktoś pełen energii. Ekspresyjny. Opowiadający wszystkim dookoła o tym, co robi. Zarażający innych swoim entuzjazmem.
My tacy nie jesteśmy.
Oboje jesteśmy raczej spokojni. Nie należymy do ludzi szczególnie ekspresyjnych. Nie potrzebujemy wielkiej publiczności, żeby cieszyć się tym, co robimy.
Dlatego przez długi czas chyba nawet nie myśleliśmy o sobie jako o ludziach, którzy mają jakąś wielką pasję.
Aż zaczęliśmy się zastanawiać.
Może po prostu źle rozumieliśmy słowo „pasja”?
Może pasja wcale nie musi krzyczeć.
Może czasami po prostu… jest.
No dobrze. To co jest naszą pasją?
Podróże?
Uwielbiamy je, ale chyba nie.
Ogród?
Krysia na pewno powiedziałaby o nim więcej niż Marek. 😂 Ale też nie.
Oriflame?
Jest z nami od wielu lat i stało się ogromną częścią naszego życia. Ale czy jest naszą pasją?
Gotowanie?
Lubimy. Eksperymentujemy. Od kilkunastu lat gotujemy według Pięciu Przemian.
Ale to też nie jest cała odpowiedź.
I nagle zorientowaliśmy się, że próbujemy nazwać pojedyncze elementy, zamiast zobaczyć, co je wszystkie łączy.
Wtedy odpowiedź zrobiła się zaskakująco prosta.
Naszą pasją jest zdrowe życie
Nie samo zdrowie.
Nie dieta.
Nie ćwiczenia.
Nie suplementy.
Zdrowe życie.
Szeroko rozumiane dbanie o siebie, swoje ciało, psychikę i otoczenie.
I kiedy spojrzeliśmy na nasze życie właśnie w ten sposób, wiele puzzli nagle zaczęło do siebie pasować.
Ogród?
Oczywiście. Uprawiamy własne warzywa, owoce i zioła. Wiemy, skąd pochodzą i jak były uprawiane.
Gotowanie?
Też. Bo od tego, co wkładamy do garnka, w dużej mierze zależy to, co później wkładamy… w siebie. 😊
Dom?
Od dawna ograniczamy w nim różne środki chemiczne. Korzystamy z prostych rzeczy: octu, sody, wody utlenionej czy orzechów piorących.
Kosmetyki?
Również staramy się wybierać świadomie.
Ruch, medytacja, sposób myślenia, odpoczynek…
To wszystko nagle zaczyna tworzyć jedną całość.
A podróże?
No właśnie.
Przy naszej układance podróże początkowo trochę nie chciały się zmieścić. 😂
Bo co wspólnego z naszym zdrowym życiem ma chodzenie po świątyniach w Egipcie, oglądanie Akropolu czy planowanie wyprawy na Bali?
A jednak ma.
Zdrowie to przecież nie tylko wyniki badań i to, co znajduje się na talerzu.
To także odpoczynek.
Ciekawość świata.
Nowe emocje.
Oderwanie się od codzienności.
Ruch.
Radość.
Spotkanie z czymś, czego wcześniej nie znaliśmy.
Jeżeli dbamy o ciało, ale zapominamy o głowie, emocjach i zwyczajnej radości życia, to czegoś w tym zdrowiu zaczyna brakować.
Podróże też więc znalazły swoje miejsce w naszej układance.

Tylko kiedy znaleźliśmy tę pasję?
I tutaj pojawia się najciekawsza odpowiedź.
Nie znaleźliśmy jej.
Nie szukaliśmy.
Nie zrobiliśmy testu: „Odkryj swoją pasję w 10 minut”.
Nie zapisaliśmy na kartce dwudziestu zainteresowań i nie wybraliśmy zwycięzcy.
I — co najważniejsze — nie zaglądaliśmy do piwnicy. 😂
Ona przyszła sama.
A właściwie nie przyszła jednego dnia.
Powstawała.
Te łódki, które przysyła życie
Lubimy pewną historię.
Podczas powodzi człowiek siedzi na dachu domu i czeka, aż uratuje go Bóg.
Podpływa łódź.
Nie wsiada.
– Bóg mnie uratuje.
Przypływa następna.
Znowu nie wsiada.
W końcu człowiek tonie, staje przed Bogiem i pyta:
– Dlaczego mnie nie uratowałeś?
A Bóg odpowiada:
– Jak to nie? Przecież wysłałem ci łodzie.
Ta historia zawsze nam się podobała.
Bo życie chyba rzeczywiście co jakiś czas podsyła nam takie łódki.
Problem w tym, że nie zawsze je zauważamy.
W naszym przypadku jedną z nich były problemy zdrowotne.
Nie planowaliśmy, że zdrowie stanie się ważną częścią naszego życia. Zaczęliśmy się nim interesować dlatego, że chcieliśmy znaleźć rozwiązania własnych problemów.
Jedna informacja prowadziła do następnej.
Pojawiali się ludzie.
Książki.
Nowe metody.
Gotowanie według Pięciu Przemian.
Naturalne sposoby dbania o dom.
Ruch.
Praca z umysłem.
Medytacja.
I za każdym razem mogliśmy powiedzieć:
„Nie, to nie dla nas”.
Albo…
wsiąść do kolejnej łódki.
Wsiadaliśmy.
Czasami od razu, czasami z dużą ostrożnością.
I chyba właśnie w ten sposób powstawała nasza pasja.

Pasja może wyrosnąć z problemu
To jest dla nas chyba jedna z ciekawszych refleksji.
Czy dwadzieścia czy trzydzieści lat temu powiedzielibyśmy:
„Naszą pasją będzie zdrowy styl życia”?
Nie.
Prawdopodobnie nawet nie przyszłoby nam to do głowy.
Dopiero własne problemy i determinacja, żeby sobie z nimi poradzić, sprawiły, że zaczęliśmy szukać.
A szukając rozwiązania jednego problemu, odkrywaliśmy kolejne rzeczy.
To, co zaczęło się od potrzeby, zamieniło się w ciekawość.
Ciekawość w wiedzę.
Wiedza w codzienne nawyki.
A gdzieś po drodze…
pojawiła się pasja.
Może więc nie trzeba jej szukać?
Być może czasami trzeba.
Warto próbować nowych rzeczy, poznawać ludzi, czytać, podróżować, doświadczać.
Ale coraz mniej wierzymy, że każdy człowiek musi znaleźć jedną wielką pasję, najlepiej jeszcze przed trzydziestką, a później poświęcić jej resztę życia.
Pasja może się zmieniać.
Może dojrzewać razem z nami.
Może składać się z wielu pozornie niezwiązanych rzeczy.
A czasami możemy przez lata robić coś, co jest naszą pasją, i nawet tak tego nie nazywać.
Może więc zamiast pytać:
„Gdzie jest moja pasja?”
warto czasem zapytać inaczej:
„Do czego ciągle wracam?”
„O czym chcę wiedzieć coraz więcej?”
„Co jest dla mnie naprawdę ważne?”
„Co robię nie dlatego, że muszę, ale dlatego, że po prostu chcę?”
Odpowiedź może być znacznie bliżej, niż nam się wydaje.
Być może nawet nie trzeba schodzić do piwnicy. 😂
Na zakończenie
Dzisiaj już wiemy, że naszą pasją jest zdrowe życie.
Nie odkryliśmy jej pewnego pięknego poranka.
Nie wybraliśmy jej.
Ona powstawała razem z nami.
Z doświadczeń, problemów, ludzi, których spotykaliśmy, książek, które trafiały w nasze ręce, i tych wszystkich małych łódek, które podsyłało nam życie.
Trzeba było tylko nauczyć się je zauważać.
I czasami…
odważyć się wsiąść.
Krysia i Marek
